PIERWSZE KROKI

Na przełomie maja i czerwca 2005r powstał pomysł założenia przy noclegowni  drużyny piłki nożnej. Postanowiłem „ rzucić temat” i poczekać. Trwało to jakiś czas. Chętnych było dwóch. Określiliśmy sobie cel, do którego będziemy dążyć – występ na Mistrzostwach Polski Towarzystwa Pomocy Św. Brata Alberta w Piłce Nożnej Pięcioosobowej, zaplanowany na październik 2005 w Gorzowie Wielkopolskim. Zależało mi, żeby poszukać graczy wywodzących się ze środowiska osób bezdomnych – chciałem, aby gra w piłkę dawała ludziom możliwość aktywnego spędzania czasu wolnego i uniknięcia schematu: - wyjście z placówki – bezcelowe spacery – szukanie zajęcia w butelce – noc na zewnątrz – poranny powrót i wyrzuty sumienia. Pierwsze spotkanie na boisku wyglądało dziwnie. Dwóch podopiecznych i trzech opiekunów usiłowało zaspokoić przysłowiowy „ głód gry”, który odezwał się w momencie pierwszego podania. Dużo biegania, radość z każdego udanego zagrania, litry wylanego potu ( był środek upalnego, lipcowego dnia). Na chwilę znikł dystans dzielący kadrę i mieszkańców noclegowni. Zabawa, poznawanie się z tej „ drugiej strony”- bardziej prywatnie niż służbowo – wszystko to sprawiło, że pomyślałem:, że będzie dobrze.

 

BUDOWANIE DRUŻYNY

Łatwo jest skompletować skład, jeśli ma się do dyspozycji chętnych do gry zawodników.  Nie posiadaliśmy takiego komfortu ze względu na specyfikę środowiska, w którym miała się odbyć rekrutacja. Zaistniało kilka powodów, dla których pozyskanie graczy stało się bardzo trudne. Żeby ułatwić sobie zadanie zdecydowaliśmy, żeby nie wprowadzać górnej granicy wieku, dolną zaś, oparliśmy o próg dorosłości. Część ludzi nie mogła wziąć udziału w naszym przedsięwzięciu z powodów zdrowotnych. Inni, mimo, że zdrowi tłumaczyli, że pracują i nie mają czasu, jeszcze inni nie chcieli grać w drużynie bezdomnych, bo wstydzili się swojej sytuacji. Niektórzy brak obuwia sportowego uznali za rzecz wystarczająco zniechęcającą do podjęcia uczestnictwa w drużynie. Znaleźli się również tacy, którzy zwyczajnie i bardzo po ludzku wątpili w to, że uda się osiągnąć sukces. Bardzo szybko okazało się też, że nie na każdym można polegać. Przez cały czas poszukiwań próbowało lub obiecywało, że przyjdzie grać, kilkunastu podopiecznych. W tej chwili w drużynie jest ich pięciu. Dwóch  z  nich było na pierwszych zajęciach.

 

NAUKA NA WŁASNYCH BŁĘDACH

Pewnego dnia gracze wyszli z inicjatywą, by wziąć udział w jednym z amatorskich turniejów. Co ważne – sami go wyszukali, sami pojechali zapisać drużynę. Widać było ogromną chęć sprawdzenia swoich możliwości. Występ dawał szansę na uwidocznienie błędów, które popełniamy i odnalezienie drogi, którą powinniśmy podążyć by je wyeliminować. We wszystkich meczach rzeczonego turnieju odnieśliśmy porażki. Brak wytrzymałości, kondycji, techniki – to przyczyny słabych wyników. Ambicja i wola walki była naszą jedyną zaletą. Przy okazji ujawniły się indywidualne cechy charakteru poszczególnych zawodników. Niektórzy mówili otwarcie, że na mistrzostwa nie mamy po co jechać. Inni z zacięciem na twarzach próbowali po męsku przełknąć gorzką pigułkę. Niewielu było takich, którzy wierzyli w sukces i próbowali wyciągać wnioski. Nie pomagały tłumaczenia, że przecież dopiero zaczynamy, mamy dużo czasu, będziemy pracować nad błędami, musimy się „zgrać”. Byliśmy znowu na początku drogi.

Kolejne spotkania treningowe ujawniły komu zależy na grze w piłkę, a komu nie. Uczestnictwo w drużynie wiązało się z możliwością zostawania w ciągu dnia w noclegowni, ze względu na podjęty wysiłek. Nie wszyscy jednak traktowali poważnie cel, który sobie postawiliśmy. Gra w piłkę była dla niektórych pretekstem do wymigania się od wyjścia i symulowania kontuzji. Zawiązała się nieoficjalna „rada drużyny”, która bezwzględnie tępiła objawy „cwaniactwa”. Zawodnicy nie tolerowali w grupie ludzi, którzy nie chcieli nic z siebie dać, a tylko korzystać. W tym wypadku inicjatywa znowu stała po stronie podopiecznych. Opiekunowie ograniczyli się do wyrażenia swojej opinii.

 

ŚWIATEŁKO W TUNELU

W sierpniu 2005 załapaliśmy się na końcówkę cyklu turniejów organizowanych przez TKKF Gdańsk. Zawody rozgrywane w każdą środę pozwoliły nam wejść w system rozgrywek i wymusiły zastosowanie pewnego schematu działań treningowych. Traf chciał, że w czterech turniejowych występach, trzy razy graliśmy przeciwko tej samej drużynie. To losowanie wyszło nam na dobre. Co prawda nigdy nie wygraliśmy rywalizacji, lecz zyskaliśmy wartościowego sparingpartnera, którego zaprosiliśmy do wspólnych treningów na hali zaplanowanych na wrzesień  i październik  2005. Zauważyliśmy poprawę organizacji gry naszej drużyny, pojawiły się pierwsze próby stosowania założeń taktycznych, zawodnicy zaczęli grać bardziej zespołowo i „z głową”, kondycja i wytrzymałość stały się naszą mocną stroną. Ukształtował się podstawowy skład  - ludzie, którzy usiłowali wykorzystywać  drużynę -  już jej nie tworzyli. Silne morale sprawiało, że nawet gdy wychodziło gorzej – znajdowaliśmy motywację do dalszych działań. Na uwagę zasługuje fakt, że niektórzy zawodnicy mimo ciężkiej, fizycznej pracy nie rezygnowali z zajęć.

 

KRYZYS

Odkąd zawiązała się drużyna, w noclegowni dało się słyszeć głosy przeciwników. Dotyczyły one głównie możliwości pozostawania piłkarzy w ciągu dnia. Zarzucano opiekunom, że faworyzują piłkarzy. Mówiono, że uchodzi im płazem łamanie regulaminu, że przymykamy oko na spożywanie alkoholu na terenie placówki. Pobłażania nie miały miejsca, lecz najwyraźniej plotki te doszły do samych zainteresowanych, gdyż wystąpiły poważne symptomy rozluźnienia obyczajów. Zaczęło się łamanie abstynencji, zdarzały się sytuacje, gdy na zajęcia przychodziły osoby nietrzeźwe (nie były one dopuszczone do zajęć) bywało, że próbowano w placówce powoływać się na koleżeńskie - boiskowe stosunki, lecz nie stosowaliśmy żadnej taryfy ulgowej. Odbyliśmy poważną rozmowę z zawodnikami. Mówiliśmy o tym, że tak naprawdę drużyna jest dla nich. Sugerowaliśmy, że jeśli nie będą chcieli – nie musimy robić zajęć, nie musimy jechać na mistrzostwa i zdążymy jeszcze wszystko odwołać. Dodatkową porcję emocji przysporzyli nam niektórzy mieszkańcy noclegowni. Dawali nam do zrozumienia, że cały nasz pomysł z drużyną jest bez sensu i na pewno nigdy nic nie osiągniemy. Byliśmy pod presją. W kontekście zbliżającego się występu w Gorzowie mieliśmy, świadomość, że zbliża się czas próby oraz, że to „być albo nie być” dla zespołu.

 

ŻNIWO

Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Drużyna z Gdańska wywalczyła wicemistrzostwo Polski, ulegając tylko zwycięzcom. Dzięki swojej pracy, konsekwencji w realizacji zadań na boisku – zajęliśmy aż drugie miejsce. Jesteśmy zadowoleni, zebraliśmy laury, zrobiliśmy niespodziankę niedowiarkom. Z drugiej strony nerwy, nieoszczędne gospodarowanie siłami, niedoświadczenie – sprawiły, że  zajęliśmy tylko drugą lokatę. Żal nam straconej szansy, jest pewien niedosyt. Mistrzostwo z całą pewnością było w naszym zasięgu. Pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy było warto. Uważam, że tak. Przede wszystkim dlatego, że okazaliśmy się prawdziwym zespołem. Mimo wątpliwości, złych momentów, kontuzji – przetrwaliśmy. Skończyło się dogadywanie nieprzychylnych. Przed nami są nowe cele i znów dużo pracy, ale mamy już tę świadomość, że wysiłek, który włożymy nie pójdzie na marne.

 

Dominik Machniewicz